Ten wpis świadczy chyba o braku mojej konsekwencji, albo o zwykłej nudzie, bo tyczyć się będzie nowo stworzonego przeze mnie bloga. Wymyśliłam sobie, że muszę mieć większy wpływ na to, co znajduje się na blogu – zwłaszcza jeśli chodzi o szatę graficzną i w ten oto sposób powstało ESENCJONALNE VERY LONG STORY

esencja

I tak, jak na tym blogu mogę jedynie wybierać dostępne schematyczne templetki, tak TAM, jako, że zainstalowałam wordpress’a na serwerze, mam możliwość dowolnej modyfikacji każdego z elementów schematu. To daje naprawdę spore pole do popisu i pozwala także poznać wnętrze wordpress’a. Mam cichą nadzieję, że nie będę jedyną czytelniczką drugiej części ESENCJI i że zechcecie tam zajrzeć od czasu do czasu.


W paryżuCzasem w chwilach wzmożonego sentymentalizmu przeżywam “dramat” istnienia w świecie jako Polka. Jakkolwiek to brzmi, zjawisko jest bardzo proste i nie do końca przeze mnie (jeszcze) zbadane. Zastanawiam się jak to się stało, że mieszkam tu, gdzie mieszkam, a może lepiej – że przyszłam na świat tu, gdzie przyszłam, a nie np. w Japonii, Peru czy Zimbabwe. Jestem pewna, że wtedy wszystko wyglądałoby inaczej.

Czasem mam wielką ochotę być Francuzką, albo przynajmniej paryską Polką, albo Polką w Paryżu, a dzieje się to zawsze wtedy, kiedy uświadamiam sobie jak uwielbiam francuską kulturę i Francję. Paradoksem w tym wszystkim jest to, że nie za dobrze je znam (i Francję i kulturę), byłam tam tylko raz przez 7 dni, więc śmiem twierdzić, że uwielbiam swoje wyobrażenia i skojarzenia z tym, co francuskie. A są naprawdę piękne.

Jest paryski dzień, budzę się w paryskim łóżku i wita mnie paryskie słońce. Wiem, że w tej paryskiej kamienicy na parterze mieści się mała kawiarenka “A la lumiere”. Właściciel rozłożył już stoliki i wypolerował okienne szyby, żeby klienci mogli popodziwiać paryską modę i popatrzeć na zaspanych porannych ludzi, biorąc łyki gorzkiej kawy i zajadając się paryskim croissantem. W tle słychać delikatne brzmienie akordeonu. Paryż budzi się do życia.

Ilekroć o tym myślę, staje mi przed oczami obraz prawdziwej sielanki w czarno białych kolorach pełnych artyzmu (czarno białych, ale nie dlatego, że smutnych – raczej dlatego, że to dodaje klimatu). Obraz mało współczesny – wiem. Najlepiej obraz/fotografia Cartier Bressona.

Cartier Bresson - Paryż

Cafe de flore

Od zawsze francuskie miasta wydawały mi się takie natchnione, przesiąknięte sztuką, lekkością i melancholijnym spokojem. Nie wiem skąd to się wzięło. Po prostu nie wiem, ale paryski sen o poranku musi być piękny nawet dla Dody

ps. ku mojemu zaskoczeniu – wpisując w graficzną wyszukiwarkę google słowo “Paris” pojawia się mnóstwo zdjęć Paris Hilton hmm…


Sztuka codziennego użytku, malarstwo, rzeźba, fotografia, architektura, film, muzyka, idee artystyczne, nowości produktowe, psychologia sztuki – ostatnio to obszary, w których głównie odbywa się moje myślenie, a to za sprawą niezwykłej pomysłowości twórcy strony www.artstore.pl

ARTSTORE.PL - Magazyn Sztuki Róznej

Magazyn Sztuki Różnej wciągnął mnie w fascynujący świat sztuki i nie tylko dlatego, że uzupełniam magazyn swoim spojrzeniem na sztukę, ale głównie dlatego że aby napisać jakiś artykuł, najpierw muszę zapoznać się z tematem, przy okazji czego dowiaduję się o wielu dotąd nieznanych mi rzeczach czy zjawiskach. Tak sobie również myślę, że to dobrze, że istnieją w sieci tego typu strony – bazy wiedzy z poszczególnych dziedzin życia, a sztuka jest jedną z nich (a raczej powinna być). Strony, na które wchodzisz i dowiadujesz się wielu ciekawych informacji, na które zaglądasz z ciekawością co dalej, o czym jeszcze przeczytasz i nie masz przy tym wrażenia, że jesteś mamiony i oszukiwany. Mam nadzieję, że ARTSTORE jest takim miejscem.

Jeśli macie ochotę przeczytać co, jak i dlaczego w sztuce jest, to zapraszam. Poniżej znajduje się lista tematyczna niektórych artykułów, które pojawiły się na ARTSTORE.PL


1. drewniana podłoga

Jeśli się zacznie, jakkolwiek ale się zacznie – w tramwaju, na poczcie, w sali kinowej; od ale, więc, od bo – to trzeba powiedzieć, że już nie chce się skończyć. mówię. na początku było ładne słowo, za nim świat, jedna wielka przestrzeń, jeden czarno – biały kolor, który nie może teraz tak w jednej chwili się skończyć, ani stać się nagle ciepłą barwą. I dobrze, bo takie zdjęcia to tylko amatorskie oranże i inne cytrusy kupowane na wagę. Są bardziej puste, powierzchowne, jak tradycja choinek, wielkanocnych baranków, serc dostępnych na aukcjach internetowych, a my żyjemy w końcu w profesjonalnym świecie. Ja tym to tłumaczę. tym tłumaczę moje miejsce na ruchomej fotografii i miejsce wszystkich tych, którzy też chcieli mieć coś na pamiątkę – profesjonalizmem świata.
zatem jeśli się zacznie, tak jak my – na paryskiej uliczce, idealnie wybrukowanej przedwojennymi brukami – skończyć jest niezwykle boleśnie, cholernie ciężko. Ciężej niż mówiłaś, Magdo i niż ja sama przypuszczałam.
Zwracam się do ciebie, bo wydaje mi się, że ty to zrozumiesz, że może ja dzięki temu lepiej zrozumiem. to wszystko. wszystko, co udało mi się zobaczyć. usłyszeć, a patrzyło i słyszało się zupełnie samo. lekko jakby od niechcenia. światło wpływało do źrenic i zwężały się na trzy cztery. wszystko zgodnie z fizyką, kątami padania. upadania.
To nieważne, że dziś jest takie późne w porównaniu z przeszłością, która wydarzała się tak powoli. Dziś jest w miarę ciepłą wiosną o 9:57 i już po kawie, a wtedy mieliśmy lato. Nie wiem czy to coś zmienia, ale wydaje mi się ważne, żeby o tym napisać, żeby określić tę przeszłość.
Należy się przyzwyczaić do zaimków wskazujących, bo mam taką nieposkromioną ochotę używać zaimków wskazujących i to chyba głównie dlatego, że pozwalają mi dotykać palcem i mówić, że to niebo, te oczy u tego człowieka. O nie właśnie mi chodzi. o nie dokładnie.
Nie wiem, może to faktycznie naiwne, ale mam, jak dziecko, które chce, żeby każdy widział, żeby każdy wiedział, co ma na myśli – wtedy tworzy wizualną reprezentację, pokazując palcem i wierzę jak ono, że da się to zobaczyć dzięki słowom. że da się tak pokazać, żeby było dobrze.
Musisz wiedzieć, że zaczęliśmy się właśnie tamtego letniego dnia na paryskiej uliczce, tuż przy panu prowadzącym psa na smyczy. Piszę, że zaczęliśmy, bo ja też tak jakbym była, a kochałam wtedy Francję bardziej niż wszystko inne na świecie. Edith Piaf, francuską miłość, Napoleona, brązowe oczy Francuzów, ich baladeur, ordinateur i rogaliki z marmoladą truskawkową. Pomyślałam, że tak mi właśnie potrzeba żyć – artystycznie, bo miejsce potrafi dodać artyzmu. chciałam, żeby dodało i mi.
Spakowałam się więc któregoś dnia, jak na wycieczkę i pożegnałam jak trzeba się pożegnać, kiedy wyjeżdża się na trochę. w samolocie zastanawiałam się jednak czy nie popełniłam błędu, bo może należało uściskać bliskich nie na trochę, a na cały czas.
Dziwiłam się, widząc w oknie nieznane krajobrazy i inne niebo, bo przecież miałam tak wiele marzeń – nie tylko to, nie tylko takie. chciałam na przykład, na wiejskiej działce rodziców, założyć ogród – tajemniczy. miała być wielka przestrzeń, trawa i rzeczy, które spotkać można u każdego z sąsiadów, a w głębi ta mała niepozorna furtka. za nią wszystko, czego sąsiedzi nigdy mieć nie będą. cała niezwykłość zieleni. dziewica-wiosna. gąszcz nienazwanych kwiatów i cała lekkość dnia. wielka huśtawka sięgająca słońca. marzyła mi się też stadnina koni, wygląd delikatnej blondynki i bycie duszą towarzystwa tak zupełnie z natury. a najwcześniej miłość. ona wtedy też była dla mnie Francją.
Kiedy przylatuje się do obcego miejsca, przestrzeń uwiera, razi jakby patrzyło się na śnieg i nie wiedziało się co z tym zrobić. jest się wtedy takim dzieckiem, któremu daję się wielgachny papier i każe się malować. strach przed zapełnieniem przestrzeni jest silny, a luki wzbudzają niepewność. tak chyba rodzi się wolność. ja zaczęłam od środka. w centralnej części zaznaczyłam swój punkt odniesienia – Claire. Żmapel Kler. Że słi polonez . Cokolwiek by się działo – on tam będzie, niezmiennie jak ja byłam w Polsce, jak miałam swoje miejsce, jak czułam się bosko stworzona przez Boga.
Teraz nie miałam nic. i nie chodzi o to, że wszystko, co dla mnie mogło coś znaczyć lub nawet znaczyło, zostało tam, a rzeczy, których nie było możliwości zabrać, śniły mi się koszmarnie. chodzi o to, że nie wiedziałam co ja tu robię. co będę dalej ze sobą robić. przecież nie można gapić się całym dniami na wieżę Ajfla, a ja się tak gapiłam. siedziałam i odmieniałam przez przypadki: wieży ajfla, wieżą ajfla, wierzymy ajfla. wierzycie
A po powrocie do hotelu, którego pięter nie dało się policzyć, wmawiałam sobie, że tak robią prawdziwi artyści, że jak dobrze pójdzie, to wszystko tu będzie moje, włącznie z hotelową restauracją i kiedy będę wchodzić kołyszącymi się biodrami, krokiem francuskiej kobiety, wszyscy patrzeć będą z podziwem i ten podziw nie będzie mnie wstydził.
nowe miejsce sprawiło, że żeby gdziekolwiek wyjść, musiałam mieć powód. nie potrafiłam tak bez celu iść. spacerować. zawsze zdawało mi się, że ludzie będą na mnie patrzeć i myślami pytać mnie po co tu jesteś, skoro nic stąd nie jest ci potrzebne?, po co tędy idziesz? więc wmawiałam sobie jeszcze, że ta metalowa konstrukcja nie tyle podtrzymuje mnie, co ja ją i że przychodzę tu każdego dnia, żeby ona mogła być. a tak naprawdę obie się powodowałyśmy. tu mogłam być obojętna. niepamiętna. nieobchodząca.

Książki TV

03kwi08

http://ksiazki.tv/

Teraz krótko i na temat – po szczegóły zapraszam na wyżej wymienioną stronę – bardzo ciekawa propozycja, dla tych wszystkich, którzy uwielbiają czytać książki (lub chociaż lubią) i którym czytanie o książkach już nie wystarcza. Strona książki tv to zbiór filmów o książkach, recenzje książek w wersji do obejrzenia i posłuchania, filmowe zwiastuny książek, zapowiedzi, wywiady, spotkania czytelnicze – po prostu internetowa książkowa telewizja.

Jak dla mnie to bardzo wartościowa część sieci.


Uwielbiam ten teledysk i uwielbiam Lindowską melodeklamację, bo kiedy po raz pierwszy się z nią zetknęłam, nie miałam pojęcia, że Bogusław Linda może takie rzeczy, że może tak pięknie działać głosem.

Wszystko to pewnie za sprawą modnych Świetlików i Marcina Świetlickiego, który zaproponował Lindzie muzyczną współpracę. Ta okazała się owocna i kreatywna.

Filandia – doskonałe słowa i chyba nimi się tak bardzo zachwyciłam – tak jakoś dotknęły mnie i przeniknęły dalej niż tylko do myśli i gdy tego słucham (mając przed oczami pastele kolorów z teledysku), to staje się nagle jedną wielką romantycznością, bo “nigdy nie będzie takiego lata. nigdy nie będzie tak ślicznych dziewcząt. nigdy organista tak pięknie nie zagra. nigdy papieros nie będzie tak smaczny, a wódka taka zimna i pożywna. nigdy Bóg nie będzie tak blisko. nigdy nie będzie takiego lata.”

Prostota słów, ale tak wymowna, że aż krzycząca o przemijalności, nieodwracalności świata – nie trzeba wielkich zdań, Mickiewiczów, Kochanowskich, Norwidów…

A i muzyka przecież taka piękna. Prawda?

Popatrzmy na nich, są starzy, piękni i bogaci. To dobrze, że młodo nie umarli. Jak to dobrze…popatrzmy

ps. Całe “Las putas melancólicas” jest takie – metaforycznie doskonałe.


Nigdy nie podejrzewałam siebie o taką intensywność tęsknoty.

Wikipedia pisze, że:

Tęsknota to uczucie braku czegoś lub kogoś istotnego dla danej osoby. Często pojawia się odczuwanie niepokoju, smutku, zamyślenia. Im bardziej odczuwany jest brak kogoś/czegoś, tym bardziej wzmaga się cierpienie psychiczne. Powodami uczucia tęsknoty mogą być: brak wszelkiego kontaktu z bliskimi lub ograniczenie kontaktu z nimi, spowodowane obiektywną sytuacją losową, subiektywnym stanem psychicznym. Tęsknota odczuwana jest także w związku z pragnieniem posiadania partnera, potrzebą akceptacji i zrozumienia przez niego. Stan tęsknoty możne być powodem popadnięcia w depresję, albo popełnienia samobójstwa.”

Zwykła regułka, bo żeby zrozumieć to uczucie, to trzeba po prostu trochę potęsknić. I ja np. teraz już wiem, że kiedy tęsknię to:

- jestem bezmyślna (albo raczej myślna tylko o jednym) – do tego stopnia, że piszę o tym właśnie dziś, kiedy wszystko już jest dobrze wtedy nie umiałabym z siebie wydusić ani jednej litery
- moje oczy są o kilka tonów smutniejsze/nieobecne (one też tęsknią)
- jestem nieczuła na wszystko, co zewnętrzne
- mam problemy z koncentracją
- dużą trudność sprawia mi rozsądne tłumaczenie sobie, że niedługo znów będziemy razem
- szukam winnego (choć go nie ma)
- nic nie jest w stanie wypełnić pustki
- bzduram sobie
- itp.

Ładnie zostało to przedstawione słowami Anity Lipnickiej w “A kiedy tęsknię” – można posłuchać.

To takie uniwersalne uczucie, bo tęsknić może każdy – dziecko, dorosły i starzec, kobieta i mężczyzna. Uczucie to bardzo męczy, ale i pokazuje nam samym siłę więzi między nami, a osobą, której w danej chwili nam brakuje i wiemy, że jest daleko i tylko świadomość, że niedługo się z nią spotkamy dodaje otuchy i pozwala rozsądnie trwać.

Teraz wiem, że tęsknota jest najdokładniejszym sposobem pomiaru siły miłości, to takie poczucie bliskości mimo oddalenia. Piękne i w swoim pięknie strasznie dokuczliwe. Ale dobrze, że jest.


skaluj_obraz_htmlphp.jpg

Zupełnie prywatnie napiszę, że wszyscy chyba powariowali, a jeśli nie wszyscy to spora większość, a owe wariactwo tyczy się ŚLUBU i jego organizacji.

Z czym powinien się kojarzyć ten niepowtarzalny dzień? Z ukochanym/ukochaną, który/która wkrótce stanie się naszym/naszą mężem/żoną, z najbardziej pamiętnym w życiu “TAK”, może z suknią ślubną i kwiatami – wszystko to przecież przyjemność.
Otóż nie. Od jakiegoś czasu ślub zaczyna być rozpatrywany od strony “czy zdążymy?”. Czy uda nam się na rok wcześniej zarezerwować lokal, w którym odbędzie się wesele, a jeśli już się uda, to czy da się to zgrać z terminem ślubu w kościele, czy zdążymy odbyć kurs przedmałżeński, czy zdążymy kupić/uszyć suknię ślubną, czy zdobędziemy na czas wszystkie wymagane zaświadczenia i pisma, czy…
Wszystko to przez ludzi, którzy zapoczątkowali tą całą nerwówkę – przecież musiał ktoś kiedyś zamówić ślub o wiele wcześniej niż by normalnie to zrobił, myśląc przebiegle o tym, że być może ktoś inny go ubiegnie. Efektem tego jest konieczność planowania ślubu na min. rok wstecz. Jeśli akurat komuś uda się dokonać takiego wyczynu na 6 miesięcy wcześniej, to można powiedzieć o nim szczęściarz, a więc jestem szczęściarą. : )
Kolejna sprawa – suknia. Jeśli pani w salonie sukien ślubnych mówi Ci, że 6 miesięcy to bardzo krótki czas, aby wybrać coś dla siebie, że wiele dziewczyn zaczyna interesować się strojem na ślub już na rok przed planowanym ślubem, to po prostu podziękuj grzecznie pani, powiedz jej, że czasem wystarczy spojrzeć na suknię i wiedzieć czy się podoba czy nie, że nie trzeba mierzyć każdej i wyjdź – tak też zrobiłam, bo nerwowość tej pani źle wpływała na mój stan psychiczny.
Pominę tu sprawę tego, jak drogie są suknie i jak wiele osób tłumaczy sobie ich ceny faktem, że tylko raz w życiu zdarza się taki dzień, więc można wydać 6.000 zł. Jeśli są takie osoby, którym bardziej zależy na tym, żeby było drogo, niż na tym, żeby było ładnie, to proszę bardzo.

Trzeba pomyśleć jeszcze o liście gości (o tym kogo zaprosić, a kogo nie, bo ma być małe przyjęcie i żeby przypadkiem nikt się nie obraził, co dla mnie też jest dziwne – taka mentalność ludzka itp,), o wynajęciu samochodu, który zawiezie do ślubu, o fotografie, o bukietach kwiatów, o zaproszeniach…
Albo mi się wydaje, albo kiedyś było łatwiej i spokojniej.
Mimo tego życzę sobie i innym, którzy już wkrótce powiedzą swoje najważniejsze TAK w życiu, spokoju i nieustannej świadomości o co w tym wszystkim naprawdę chodzi. Nie dajmy się zwariować.

Zawsze zastanawiało mnie i ciekawiło to jak różnie patrzymy na świat, jak różnie postrzegamy piękno i jak bardzo prawdziwe jest to, że piękno istnieje w oczach patrzącego. Ale czy nie istnieją kanony piękna? Czy nie istnieją cechy, które uznajemy ogólnie za piękne?
I tak np. doszukujemy się w twarzy regularnych rysów, proporcji (podobno podświadomie zwracamy na nie uwagę i to one decydują czy uznamy czyjeś oblicze za ładne/piękne czy raczej za nieatrakcyjne), oczu z wyrazem, głębią itp. Te cechy uznać możemy za powszechnie/obiektywnie cenione, bo jak wykazały badania spośród wielu zdjęć twarzy najczęstszym wyborem cieszy się jedno, co świadczy o tym, że piękno nie do końca jest pojęciem względnym.
Są też jednak elementy, które zależą od naszych indywidualnych upodobań – np. kolor/długość włosów, kolor oczu, rysy – ostre, delikatne. Jednym o wiele bardziej podobają się klasyczne twarze, innym oryginalne i niepowtarzalne.
i podejrzewam, że mój gust kieruje się w ich wypadku naturalnością, elegancją, kobiecością i dziewczęcym powabem/urokiem i upraszczając – to jest głównym kryterium piękna.
Pewne jest to, że pojęcie piękna zależne jest od czasów, tak samo jak zmienne są kanony piękna. Wystarczy prześledzić wybory miss. Filmik, który umieściłam poniżej przedstawia właśnie kanony kobiecego piękna i ich rozwój na przestrzeni lat.

libertango

22lut08

Nie wiem czy zdarza Wam się, że chodzi Wam po głowie jakaś melodia, piosenka i w żaden sposób nie możecie przypomnieć sobie jej tytułu, ani wykonawcy – nie wiecie nawet gdzie ją słyszeliście. Jakiś czas temu ja miałam tak z libertangiem.

Przechadzając się Starym Miastem Warszawy usłyszałam magiczne i trochę smutne dźwięki akordeonu (to jeden z moich ulubionych instrumentów – tak świetnie potrafi oddać klimat i tak bardzo kojarzy mi się z Francją). Wiedziałam, że tę melodię już gdzieś słyszałam, że zawsze mi się podobała. Teraz jednak spodobała mi się do granic możliwości i zaczęłam szukać jej po całym internecie. Gdyby okazało się, że jej nigdzie nie ma pewnie pofatygowałabym się na Stare Miasto i odszukałabym człowieka, który tak pięknie wykonywał ten utwór. Udało się jednak. Libertango Astora Piazzolli. Wiele jest jego interpretacji i wykonań – warto posłuchać różnych (tych na flet, na całą orkiestrę, na akordeony i skrzypce), żeby wybrać wersję najbardziej nam odpowiadającą…

a oto jedna z nich (z wizją)